
Kilka lat po pierwszej płycie „In the fog”, Mirrorman
i She.xist wydają drugi album wspierający ofiary cierpiących na skutki katastrofy w Czarnobylu. Dochód zostanie
przekazany fundacji Chernobyl Children International. - Stwierdziłem, że skoro
ktoś chce tej muzyki słuchać, kupować te płyty no to zróbmy z tego coś dobrego
– mówi Mirrorman.
O czym jest „In the fog 2”? Jaki wpływ miał na projekt Krystian Machnik
z grupy „Napromieniowani”? Kim jest Dmitrij Woropaj? Czym jest serce
Czarnobyla? Jak wygląda zderzenie anielskiej eteryczności i ciężkiej melodii?
Dlaczego nie chcieli nagrać mainstreamowej piosenki o
stalkerach? I czy firanki mogą zmienić się w duchy?
Krystian Juźwiak: - Powiedział pan, że projekt “In the fog” zaczął się w
marcu 2011 roku, gdy napisał pan maila do Kathy Ryan z Chernobyl Children
International. Śmiem twierdzić, że narodził się wcześniej, bo przecież coś
musiało pana skłonić, żeby tego maila napisać.
Jacek „Mirrorman” Sołkiewicz: - Musimy się jeszcze cofnąć. Od lat 90. XX w.
nagrywam muzykę. Nie jest to moje źródło utrzymania. To
forma wyrażania siebie poprzez dźwięki. Stwierdziłem zatem, że skoro ktoś chce tej muzyki słuchać, ktoś
kupuje te płyty, no to zróbmy z tego coś dobrego. I tak pieniądze zarobione na
każdym projekcie przeznaczam na cele charytatywne.
Temat Czarnobyla zawsze był dla mnie aktywny myślowo. Dziś jest więcej projektów, fundacji etc., które zajmują się
różnym ujęciem katastrofy, ale gdy ja siadałem do pierwszej
części „In the fog” jedną z najbardziej
skutecznych organizacji zajmujących się pomocą humanitarną ofiarom
katastrofy było właśnie Chernobyl Children International. Zależało mi na tym,
żeby projekt „In the fog” nie opierał się na współpracy z żadną rządową
organizacją. Po prostu nie chciałem słuchać, że wspieramy tę lub tamtą opcję.
W 2011 potrzeby operacji na samej Ukrainie oscylowały
wokół liczby 6 tysięcy pacjentów. Niewydolność systemu wahała się od 2,5
do 3 tysięcy oczekujących. Problem był naprawdę poważny. Napisałem do Kathy
Ryan. Chciałem nagrać płytę i przekazać zarobione środki na potrzeby CCI.
Okazało się, że organizacja już wcześniej
współpracowała z amerykańskimi artystami, więc
szlaki były przetarte.
- Mówi pan o „myśli aktywnej”. W jakich okolicznościach katastrofa
czarnobylska pojawiła się w pana życiu?
- W ‘86 już miałem trochę
lat (śmiech). Każdy projekt, za który się zabieram, jest kierowany do osób,
które mają małe szanse na uzyskanie innej
pomocy. W przypadku Chernobyl Children International nie jest może tak do
końca, bo to prężnie działająca organizacja. Jednak ludzie, którzy są
bezpośrednimi beneficjantami „In the fog”, są skazani na pomoc zewnętrzną. Dla
mnie było ważne to, żebyśmy wsparli naprawdę potrzebujących.
- Zatrzymajmy się jeszcze przy „Inertii” – utworze z pierwszej części "In the fog"–
gdzie pojawia się wstrząsający klip wideo.
- To są fragmenty z
materiałów przekazanych przez Chernobyl Children International nagrane w stu
procentach w domach pomocy czy sierocińcach wspieranych
przez CCI złączone z naszą animacją.
- Chłopiec z przerośniętą czaszką to obraz, który wstrząsną mną
najmocniej.
- To ikoniczne ujęcie
tematu. Ta postać przewija się w wielu projektach i stała się symbolem
cierpienia. Rozumiem symbolizm tego fragmentu, jednak mnie najbardziej
wzruszają sceny z codziennego życia w domach pomocy. One są... Są trudne w
odbiorze. Warto wspomnieć, że miejsca, w których CCI wspiera
tego typu projekty, jeszcze nie dawno były praktycznie skazane same na siebie.
- Przytoczę słowa profesora Zbigniewa Jaworskiego z Polskiej Agencji
Atomistyki, który zapytany przez dziennikarza o ofiary awarii odpowiedział: „W ciągu kilku miesięcy od katastrofy 31 osób zmarło i są
to jedyne śmiertelne ofiary Czarnobyla”.
- Nie dam się namówić na
dłuższą rozmowę w tym temacie. Nasze wsparcie było konsultowane z
kardiochirurgami i CCI. Wystarczy rzut oka na statystyki, żeby zauważyć
dosadność problemu. Jeśli porównamy wyniki chorób genetycznych przed
Czarnobylem i po to widać niepokojący trend. Nie czuje się kompetentnym, żeby
mówić na tematy medyczne, ale wystarczy zatrzymać się przy „sercu Czarnobyla”.
Jest to znane już powszechnie schorzenie natury kardiologicznej nazywane tak z racji cech
charakterystycznych dla długofalowych komplikacji związanych z katastrofą
czarnobylską. To naukowo
potwierdzona wada.
- Każdy kojarzy katastrofę czarnobylską.
Pewnie jakbym zapytał kilka przypadkowych osób, to wśród skojarzeń znalazłoby
się promieniowanie, stalkerzy i mutanty, tudzież jakieś zombie. Nie wolałby pan
iść w kierunku mainstreamu?
- Absolutnie nie. We
wszystkim, co robię, jestem niezależny. Można powiedzieć nawet podziemny. Zainteresowanie
osób postronnych pojawiło się spontanicznie
obok. Oczywiście publikuje swoje dokonania, ale nie działam prężnie w social
mediach, nie szukam rozgłosu. Dość powiedzieć,
że fotografuję od 20 lat a pierwszą autorską wystawę miałem w 2019 w Leica Gallery.
Miejsce bardzo prestiżowe, ale musiało minąć wiele czasu, żebym spotkał
właściwych ludzi i dał się przekonać.
Dla mnie nie jest istotne
dryfowanie na fali jakiegokolwiek trendu. Zdaję sobie sprawę, że łatwiej
byłoby wykorzystać typowo
ikoniczne dla Czarnobyla artefakty, ale to nie jest coś, z czego byłbym
zadowolony. „Inertia” to bardzo osobliwy obraz. Nie każdy musi chcieć to
oglądać. Obraz promujący pierwsze „In the fog” był bezkompromisowym wstrząsem. Otrzymałem wiele opinii, iż jest to obraz trudny, że wiele
osób oddala od niego wzrok. Rozumiem to. W drugiej części skupiamy się
na Prypeci i jej mieszkańcach. Jest bardziej melancholijnie, nostalgicznie, ale nadal
szarość i smutek wibrują najmocniej w tych emocjach. Reasumując: patrzę,
nomen-omen, w lustro i wiem, że tworzę w zgodzie
sam ze sobą.
- Szukając innych muzycznych ujęć katastrofy znalazłem utwór Żany
Biczewskiej „Czarnyj Woron”. Pod wideo ktoś
napisał „I feel radiation form this song”. Wydaje mi się, że pod „In the fog”
nie chciałby pan zobaczyć takiego komentarza.
- Komponując podkłady
instrumentalne „wygrywam” siebie. Czasami coś powstaje szybko, czasami wolniej.
Mój filtr jest niestety bardzo rygorystyczny.
Może 'stety', bo wiem, że to, co ląduje finalnie na płycie, jest
najlepszą wersją tego co chciałem przekazać. Nie chcę komentować dokonań
innych. Wiem, że my komunikując działania CCI poprzez projekt „In the fog” wielu osobom otworzyliśmy oczy. Pokazaliśmy, że temat
istnieje i jest aktualny. A na sam koniec mam poczucie, że nie stoję na
barykadzie z mesjanistyczną ideą, głosząc ludziom jedyną słuszną prawdę. Tu
chodzi o pomaganie. Dzień gdy dostałem zdjęcie Maksa i Kristiny – dwójki
pierwszych dzieci, które zostały zoperowane dzięki „In the fog” – był dniem, który zdefiniował ten projekt.
My się nie znamy. Dzieci
mają zdjęcie z naszymi płytami, nie wiem nawet,
czy je pamiętają. Nie wiem, czy ktoś im powiedział o historii tych płyt, ale
widziałem ich zdjęcia kilka lat później. Od początku wiedziałem, że to się uda.
Cel wrócił do nas z nawiązką.
- Łukasz Stasiełowicz z portalu uwolnijmuzykę.pl napisał: „Pomimo
pesymizmu płynącego z tytułów (np. “Limits of Hope”, “Geiger Land” czy “Core
Reactor”) i ogólnego konceptu, album działa na mnie odprężająco”. Tak powinien
działać?
- Pytanie, czy znał moje
wcześniejsze projekty. Faktem jest, że muzyka, którą tworzę, nie jest
najweselsza, a utwory są skomplikowane. Starałem się przy “In the fog” zmienić
aranżację muzyczną. Wiedziałem, że będzie śpiewać She.xist, dlatego chciałem
skomponować utwory pod nią. Drugą kwestią była opowieść. Nie mogłem zrobić
utworów niesłuchalnych. Musiałem zostawić sporo miejsca na wokale, co
generalnie nie leży w mojej naturze. Nie chcę powiedzieć, że ta muzyka jest
pozytywna. To jest kreatywne zderzenie eterycznego głosu She.xist z trudnym
podkładem, które ma być frapujące. Moim zdaniem fajnie się to ze sobą
zmiksowało. Nie wyobrażam sobie innego wokalu w „In the fog”.
- Chciałbym się zatrzymać przy głosie She.xist. Dlaczego ona?
- Na drugim albumie She.xist występuje tylko w trzech utworach. Dlaczego?
Bo chcieliśmy opowiedzieć historię. To nie jest koncept album, ale gdyby
śpiewała tylko jedna osoba, to nie byłoby to tak naturalnie
zróżnicowane. Zapraszając sześć osób, osiągnęliśmy zamierzony efekt.
Mamy narrację, urozmaiconą amplitudę i różne inspiracje.
To wszystko sprawiło, że „In the fog 2” jest inne od pierwszego albumu. Z premedytacją wykorzystałem te same instrumenty, co
przy pierwszej części, bo gdzieś głęboko we mnie tętni
poczucie pewnej nierozerwalnej spójności tej historii, ale nie mam przy
tym wrażenia, że zanudzam słuchacza.
Nagrywaliśmy projekt „Black Glass”, gdzie She.xist wystąpiła w jednym z
utworów. Wtedy pierwszy raz miałem okazje przekonać się, jak brzmi zderzenie
anielskiej, eterycznej błogości wokalnej z ciężkim podkładem muzycznym. Dla
mnie to było niesamowite.
Zastanawiałem się jak
muzycznie opowiedzieć historię o Czarnobylu tak, żeby ludzie nie odwracali oczu
i nie zatykali uszu. Pierwszym utworem w ramach „In the fog” była „Inertia”.
Już na etapie demo wiedziałem, że to będzie niesamowite zderzenie. Tam, gdzie
pojawia się She.xist robi się – nie zawaham się tego powiedzieć – błogo. Ona ma
nieprawdopodobny dar mówienia o rzeczach istotnych w
tak metaforyczny sposób, który nie atakuje słuchacza a jednocześnie skłania do
głębokiej refleksji.
- Czym jest 'pikanie' w utworze
„Forgetten Afternoons”, bo mi kojarzy się z aparaturą podtrzymującą życie?
- Akurat nietrafione. Szczerze przyznam, że też lubię ten
utwór. Inspiracją były fragmenty filmu, w którym kamera wyłapała firanki wywiewane przez okna prypeckich
domów w słoneczne popołudnie. Nie chciałbym idealizować Prypeci, ale był to obraz idylliczny. Ci
ludzie wiedli tam po prostu normalne życie. „Forgetten Afternoons” ma to
przypominać. Chciałem, żeby słuchając tego utworu, można było zobaczyć oczami wyobraźni właśnie te firanki, które już po
opuszczeniu Prypeci, majaczyły tam niczym zjawy, duchy.
A ten sygnał, który pan
słyszy, ma przypominać o zagrożeniu. To nie jest aparatura podtrzymująca życie
ani żaden dźwięk, występujący w realnym życiu.
Nagrałem to na potrzeby tego utworu wykorzystując jeden
z syntezatorów.
- A pan był w Czarnobylu? Bo od tego powinniśmy zacząć.
- Jechałem tam cztery razy,
ale nigdy nie dojechałem. Zawsze gdzieś się to rozmywało po drodze. Partnerem
„In the fog 2” jest grupa napromieniani.pl. Z Krystianem Machnikiem mamy już
wszystko dogadane i niebawem udamy się do Czarnobyla.
Chcę tam dotrzeć z trzech powodów.
Pierwszy to fotografia. Pracuję na bardzo eksperymentalnych materiałach m.in.
na przeterminowanych 40-letnich
rolkach filmowych. Wiem, że jestem w stanie
pokazać nieco inny obraz tego miejsca. Po
drugie: chcę zobaczyć miasto. Widziałem ponad sto opuszczonych miejsc,
miasteczek, wiosek i wydaje mi się, że pustka Prypeci
będzie w pewnym stopniu podobna do tych, które miałem okazję zobaczyć, ale chcę
tego doświadczyć. Na pewno rozmiar Prypeci będzie przytłaczał i już z tego choćby powodu będzie to przeżycie inne niż
wszystkie poprzednie. I po trzecie: chcę dotrzeć
do miejsc, które wspomagamy poprzez „In the fog”. Być może zobaczę, jak mają się podopieczni CCI. Na pewno zobaczę na własne oczy problemy, z którymi zmagają
się codziennie ludzie na miejscu. Już teraz zacząłem pracę nad trzecim
„In the fog”. Chcę jak najszybciej miksować i nawiązać współpracę z artystami.
Rezonuje we mnie koncept na muzykę do tego projektu. Chciałbym wykorzystać
inspirację i skrócić pięcioletnią przerwę między jedynką a dwójką do roku, maks
dwóch lat.
- Jaki wpływ na drugą część projektu miał Krystian Machnik z portalu napromieniowani.pl?
- Oprócz mnie i She.xsit
nikt nie ma wpływu artystycznego. No dobrze, jeszcze realizator w studio i
człowiek od masteringu, którymi przy pierwszej części
byli odpowiednio Piotr Iwanek z Total
Sound oraz Mikołaj Bugajak, jeden z członków legendarnego Grammatika a na
drugiej płycie Marcin Cichy z Plug Audio. Marcin to połowa słynnego
duetu Skalpel – jedynego polskiego projektu, który podpisał - lata temu - kontrakt z wytwórnią Ninja Tune. Mówimy tu zatem o bardzo, ale to bardzo doświadczonych osobach. Wybór
realizatorów czy osób zajmujących się masteringiem był zawsze bardzo
przemyślaną decyzją.
Co do Krystiana, partnerzy
nie mają wpływu na to jak i co komponujemy. Nie mniej są dla nas wielką
inspiracją i motywacją do działań. To on pokazywał nam zdjęcia, które można
obejrzeć, chociażby w utworze „Intro 1986”. Sam Krystian jest postacią bardzo inspirującą. Prowadzi wiele projektów. W
strefie wykluczenia był niezliczoną ilość razy. To wojownik. Doskonale wie,
dlaczego my tworzymy taką muzykę i doskonale wie, komu chcemy pomóc. Do tego
koordynuje pomoc samosiołom w strefie wykluczenia. Napędzał nas do pracy. Tak
jak pisał w swoich postach – nie mógł się doczekać, kiedy skończymy „In the fog
2”. Na szczęście w końcu się udało.
- W „In the fog 2” oprócz zdjęć Machnika są też fotografie Dimitrija Woropaja.
Czym one się wyróżniają?
- Zdjęcia Krystiana
wykorzystane utworze „Intro 1986” ukazują pustkę, o
którą nam chodziło. Niebawem chcemy wypuścić wersję
z wizualizacją tekstu wypowiadanego przez Elizabeth Cole, żeby każdy
mógł zrozumieć, o co nam chodzi w tym utworze.
Natomiast „This is Prypiat”
to utwór, w którym chcieliśmy pokazać życie przed katastrofą. Dotrzeć do
prywatnych fotografii ludzi jest niezwykle trudno. Takie zdjęcia znalazłem na
stronie city-prypiat.ru. Skontaktowałem się z administratorami. Jeżeli dobrze
zrozumiałem, byliśmy pierwszymi osobami, które
dostały zgodę na ich wykorzystanie. Mogłem wybierać z puli zaprezentowanych mi
fotografii I wybrałem takie, które moim zdaniem najlepiej oddają sytuację, w której w jednym dniu toczy się normalne życie, a w kolejnym
wydarza coś, co obraca 50-tysięczną Prypeć w miasto duchów”.
Fotografie zręcznie wpisują
się w animację autorstwa Piotra Topczyłko. Znam historie ludzi, którzy wrócili
do Prypeci zobaczyć swoje domy i mniej więcej to chcieliśmy przekazać. Z tym że
to nasza wizja, nasze wyobrażenie, a nie
faktyczna historia. Głównym celem było pokazanie życia w Prypeci przed
katastrofą.
- „Ten album odmieni czyjeś życie, gdzieś daleko, poza zasięgiem Twoich
oczu... Pomyśl o tym głośno by inni usłyszeli.” – to pana słowa. Ile żyć
odmienił już „In the fog”?
- Pierwszy album uratował
czwórkę dzieci. To niej jest tak, że przelewamy pieniądze i od razu zostaje
przeprowadzona operacja. Musi zadziałać się szereg innych rzeczy, żeby doszło
do operacji. Jednak CCI to nie tylko kwestie, nazwijmy to, medyczne. To też
wyciąganie dzieci z domów dziecka. Budowa tzw. homes of hope. To takie miejsca,
gdzie mogą mieszkać byli podopieczni domów
dziecka. Chernobyl Children International wspiera też rodziny, które
zaadoptowały dzieci z wadami genetycznymi. Jest mnóstwo dobrych i potrzebnych
projektów, że dziś trudno powiedzieć, czy „In the fog” będzie wspierać tylko
zabiegi kardiochirurgiczne. Teraz patrzę na problem
konsekwencji katastrofy czarnobylskiej znacznie szerzej i jestem pewien, że
projekt „In the fog” wesprze rozmaite potrzeby lokalnych społeczności.
- Wielokrotnie publikował pan zdjęcia podopiecznych Chernobyl Childen
International. To brutalne pytanie, bo wszystkie historie są przejmujące, ale
jest jedna, która trafiła do pana szczególnie mocno?
- Najbardziej uderza mnie
niemoc. To widać też w postach, które czasami publikuje w social mediach. Nie
jestem zbyt wylewny w mediach społecznościowych, przez co mogę być mniej zrozumiały
w niektórych postach… W mediach społecznościowych przewija się historia Wlada –
chłopca, który niestety zmarł. Nigdy go nie
poznałem. Widziałem jego ostatnie zdjęcie. Na łóżku szpitalnym z jakimś lichym
ręcznikiem na nogach. Nie potrafię sobie wyobrazić
ostatnich chwil tego chłopaka. Od tamtej chwili czuję, jakbym z nim rozmawiał
codziennie. To bardzo trudny moment, który docisnął mnie
do ziemi. Odejście Wlada sprawiło też, że mam dodatkową siłę tworzyć ten projekt. Jeżeli możemy
komukolwiek pomoc, to po prostu róbmy to. Płonie we mnie ogień kreatywności.
Mam nadzieje, że kolejne płyty pomogą kolejnym potrzebującym.
To właśnie dla takich dzieci jak Wlad tworzymy „In the fog”.
Komentarze
Prześlij komentarz