Przejdź do głównej zawartości

Opowieści z Narnii

Siedmiotomowa saga przeszła do klasyki fantasy. Piórem C.S. Lewisa przenosimy się do tytułowego świata pełnego centaurów, faunów i olbrzymów. Narnia istnieje naprawdę, choć nie ma w niej lwów, czarownic i starych szaf. Są za to cholerna infrastruktura, zaśniedziałe smoki i bajkowe widoki.



Gdzie można jeść burki i obrońcy praw zwierząt nie mogą się przyczepić? Co łączy bajkowego króla Miraza i Juliusza Cezara? Jak zasadzić 100 drzew tak, żeby ich nie zasadzić? Czy w autobusie może być konduktor? Jak komuniści walczyli ze świętą Łucją? Kim jest słoweński Jacek Kaczmarski? Gdzie można podładować czakrę?

Wirus zamiast Czarownicy

Do Narnii można trafić na dwa sposoby. Pierwszy określiłbym jako bierny. Bierzemy książkę Lewisa, robimy ulubioną herbatę i pogrążamy się w lekturze. Jest też alternatywa dla miłośników kinematografii. Tu postępujemy analogicznie. Z tym że książkę zastępuje film, a herbatę cola i słone przekąski.

Drugi sposób dotarcia do Narnii jest zdecydowanie bardziej aktywny. Pełen przeciwności losu i przede wszystkim wyzwań logistycznych. W moim przypadku zaczyna się trochę jak u Lewisa. Trochę, bo zamiast w angielskiej wiosce siedzę sobie w betonowym mieszkaniu. Internet pochłania mnie niczym stara szafa. Przedzierając się przez memy i zdjęcia instagramowych modelek dostrzegam inny świat. Zupełnie niczym Łucja Pevensie.

Inny świat nazywa się Słowenia. I pewnie bym nigdy go nie odkrył, gdyby:

a) Słowenia szybko nie zniosła COVID-owych ograniczeń dla Polaków 

b) W tłoku modelek z Instagrama nie odkrył kanału "Gdziebądź"

Gwoli wyjaśnień. Lewisowska Narnia istnieje tylko jako wyobrażenie. Pierwszą część powieści wydano w 1950 roku i przez lata książka przewinęła się przez ręce milionów czytelników, więc to wyobrażenie jest silne, ale wciąż pozostaje w sferze imaginacji.

Dzięki Andrew Adamsonowi – reżyserowi filmu "Opowieści z Narnii: Książę Kaspian" – fantastyczna kraina zyskała twarz Słowenii. To w tym małym kraju wciśniętym między Włochy, Austrię i Chorwację kręcono część ujęć do ekranizacji książki Lewisa. Choć w Słowenii nie ma faunów i lwa Aslana to jest tu równie bajkowo.

Internetowa szafa przybliża ten kraj niemal namacalnie. Jednak droga dzieląca lubelską prowincję od szmaragdowych wód jest długa i kręta. I to nie tylko dlatego, że prowadzi przez Alpy. Kupno biletów autobusowych relacji Warszawa – Wiedeń - Lublana jest dopiero pierwszym krokiem. Tak jak rodzeństwo Pevensie musiało zmierzyć się z Czarownicą, tak i na nas czeka ciężki przeciwnik. Pandemia COVID zdecydowanie nie ułatwia przemieszczania się między krajami, ale… w czerwcu 2021 Słowenia zezwala Polakom wjechać na swoje terytorium bez konieczności wykonania testów.

Ludowa mądrość mówi, że strzeżonego Pan Bóg strzeże. Dla komfortu i bezpieczeństwa robimy test antygenowy. W końcu po drodze do Słowenii zatrzymujemy się w Wiedniu. Teoretycznie można kombinować z tranzytem itd., ale tak jak pisałem wcześniej, dla świętego spokoju. Z ręką na sercu przyznaje się, że moja Czarownica nie została pokonana. Ale wierzę, że przynajmniej na chwile się odwali.

Nawiasem mówiąc, przez tydzień jedyną osobą, która sprawdziła, czy mamy testy był kierowca Flixbusa w Wiedniu. I w sumie dobrze, że sprawdził. Inaczej czułbym, że pieniądze poszły w błoto.

Dworzec autobusowy w Lublanie stanowi komunikacyjne centrum kraju. Stąd jechałem do Mostu na Soca, tu przesiadałem się do Piranu.


 "Idealne miejsce do kręcenia bajki"

Lublana wita nas wschodem słońca — docieramy tam przed świtem — i smokami dumnie stojącymi na – gdzieżby indziej – Smoczym Moście. Do stolicy Słowenii przyjeżdżamy dokładnie o 4:20. Co można ciekawego można zobaczyć o tej godzinie w stolicy Lublany? 

Wszystko. I to nie żart. Z dworca autobusowego do Starego Miasta jest niespełna 800 metrów. Na zamek już dwa razy tyle, czyli wciąż nic. Do centrum wchodzimy a jakże przez Smoczy  Most. Zaśniedziałe, acz dostojne smoki dają znak, zaczyna się obcowanie z historyczną częścią miasta.

Tak się składa, że godzina 4:20 jest slangowym określeniem palenia marihuany. Nim, więc Smoczy Most i inne instagramowe miejsca, to pierw udałem się na Metelkovą. Dawne austriackie koszary zostały zajęte przez Słoweńców, gdzie wbrew stołecznym władzom utowrzyli coś na wskroś wolnego miasta lub państwa w państwie.

AKC Metelkova mesto jest dziś alternatywnym centrum kulturowym Słowenii porównywalny z duńską Christianią. Ściany budynków służą za galerię sztuki. W straych koszarach działają kluby LGBT+: Tiffany dla gejów i Monokel dla lesbijsek. Można tam się zaciągnąć słodkim dymem marihuany, ale jeśli wierzyć internetowym przewodnikom, to i twarde naroktyki są łatwo dostępne. Ogółem Metelkova ma opinie nieprzyjaznego miejsca dla turystów. Byłem tam dwa razy i z całą pewnością jest dziwnie.


AKC Metelkova mesto. Wolne miasto w centrum Lublany.


Co jeszcze warto zobaczyć w Lublanie? Zamek, w którym są plastikowe okna. Wjazd na zamek kolejką linową to 10€. Wystarczy minimum kondycji i bez problemu wchodzimy na górę, oszczędzając gotówkę. Rejs po rzece też raczej radziłbym odpuścić. Rzekę Lublanicę płynącą przez miasto, nie bardzo różniącą się od innych rzek z ustabilizowanym brzegiem płynących przez inne miasta. Dla Warszawiaków szokiem będzie brak Schodków(!). 

Ogólnie Lublanę warto zobaczyć, a zarazem głupio nie zobaczyć. Jednak poświęcanie jej więcej niż dnia to za dużo. Ot, ładne miasteczko z włoskim klimatem i drogą lavazzą. Ale to miasto tak powinno się jeść. W restauracji nad Lublanicą, zajadając się kremšnitą i popijając late machiatto. A nie burkiem* i kawą z automatu na skwerze przy dworcu.

Spędziliśmy w Lublanie za dużo czasu. W zamian widzieliśmy człowieka opalającego jakieś twarde opioidy z kawałka foli aluminiowej - w hostelu, a nie na Metelkovej. Ale o tym kiedy indziej. Stolicę Słowenii opuściłem w poszukiwaniu Narnii. I to też nie był efekt upalenia ani upojemnia słoweńskim winem. Kulminacyjna scena walki z "Księcia Kaspiana" była kręcona w regionie Bovec, nad szmaragdową rzeką Soča. Niespełna 100 kilometrów od Lublany.

 Piękno tego miejsca obezwładniło mnie jako reżysera i turystę. Jest przepiękne, a rzeka Soca to idealne miejsce do kręcenia bajki – mówił Andrew Adamson reżyser drugiej części „Opowieści z Narnii”.

* w Słowenii burek to popularna przekąska, a nie imię psa. Obrońców praw zwierząt proszę o odłożenie linczu na później.

"Zastanawiałem się, czy to nie był głupi pomysł"

Bajkowy urok szmaragdowej rzeki okazał się fantastycznym miejscem do nakręcenia… sceny batalistycznej. To w tym miejscu wojska Starych Narnijczyków zmierzyły się z Armią Telmarów. Jak to zwykłe bywa, między książką a filmem jest rozdźwięk. U Lewisa zwycięstwo przyniosły Przebudzone Drzewa, które zepchnęły Armię Telmarów z powrotem nad Wielką Rzekę, gdzie nie było już zniszczonego wcześniej przez Boga Rzeki mostu.

Adamson przedstawił sprawę inaczej. W filmowej adaptacji to zniszczenie mostu było sceną kulminacyjną. Inspiracją do takiego obrotu spraw był Juliusz Cezar. - Reżyser, chciał poprzedzić ostateczną bitwę, wyznaczając Mirazowi trudne zadanie, jakim było pokonanie potwornej rzeki. W podobny sposób Juliusz Cezar w 56 roku p.n.e. poprowadził swoją armię przeciwko plemionom germańskim. Wtedy zbudował most przez Ren. Andrew wymagał od nas tego samego. Cezar wykonał to zadanie rzekomo w 10 dni. My mieliśmy 40 – tłumaczy Frank Walsh dyrektor artystyczny produkcji.


Kadr z filmu "Opowieści z Narnii: Książe Kaspian" kręconego na rzece Soča. Źródło: slovenia.info


To właśnie on wybrał słoweńską rzekę na miejsce bajkowego starcia. – Przeprowadziliśmy szeroko zakrojony skauting na całym świecie. Do wizji reżysera pasowała także Nowa Zelandia – przyznaje. - Rzeka Soca zasilana przez lodowiec od razu zaparła mi dech w piersiach. Odwiedziliśmy region Bovec zimą, gdy wezbrana przez topniejący śnieg woda była niemal szalejącym strumieniem. Rzeka szeroka na około 60 metrów i głęboka na około 4. Pamiętam, jak stałem pośrodku grupy producentów i zastanawiałem się, czy to nie był głupi pomysł – mówił na portalu animatedviews.

Mimo że Dolina Soči zapiera dech w piersiach to reżyserowi Księcia Kaspiana czegoś brakowało do stworzenie iście filmowych warunków. - Potrzebne było do tego ponad 100 drzew.  Jednak ze względu na lokalne ograniczenia cała ta obca flora musiała być trzymana z dala od rzeki, a wszystko musiało zostać całkowicie usunięte po sfilmowaniu – opowiada Walsh.

- Aby to osiągnąć, trzeba było wbić pionowo w koryto rzeki plastikowe rurki drenażowe, w których można było zakotwiczyć drzewa, i ułożyć na ziemi plastikowy dywan, aby nowe podłoże leśne nie wsiąkało do rzeki. Wszystkie te prace, które miały miejsce w jednym z najgorętszych okresów w roku, oznaczały ciągłą walkę z tym, aby drzewo nie stawało się brązowe i wyglądało na martwe – tłumaczy Walsh.

Instagram vs. rzeczywistość

Dolina rzeki Soča jest majestatyczna, a szmaragdowa woda odbiera mowę. Warto po prostu odwiedzić to miejsce. Niech "Opowieści z Narnii" będą tylko motorem napędowym. Ale po kolei. I to nie dlatego, że będzie też o pociągach.

Do źródeł Sočy wyruszamy z Lublany. Celem jest miejscowość Most na Soči. I tu muszę przyznać się do mojej indolencji. Gdy zobaczyłem w Instagramie zdjęcie z mostu nad rzeką Soča myślałem, że jest to po prostu jakiś kultowy most nad mieniącą się odcieniami błękitu rzeką. Okazało się, że no kurde nie. Most na Soci to wioska. Znana – a jakże – mostu, ale jednak miejscowość. Wytłumaczyła mi to dopiero pani z okienka w dworcowej kasie. Ta niewiedza kosztowała sporo nerwów podczas planowania wyjazdu.

Bilety kupiliśmy przez Internet bez problemu, choć 12€ za 94 kilometry brzmi jak rozbój w biały dzień. Słowenia ma do zaoferowania wiele. Wodospady, morze, góry, doliny i kotliny, ale jej ukształtowanie terenu nie wpływa dobrze na infrastrukturę drogową. Szczególnie irytujący jest fakt, że wszędzie są znaki mówiące o tym, że do Lublany pozostało 60 kilometrów.

Dworzec kolejowy w Moście na Soči


Jeśli wierzyć temu co piszą na Twitterze, Słoweńcy mają krótki, ale drogi odcinek drogi. Konkretnie autostrady. Powstało wiele poradników mówiących o tym jak ją ominąć jadąc do uwielbianej przez Polaków Chorwacji. Przy następnym wyjeździe do Splitu zróbcie sobie dwa dni przerwy w Słowenii. Warto!

My z braku auta wybraliśmy pociąg. Pociąg, ale nie do końca. Lokomotywa wyjeżdża z Lublany do Kranj. Tam przesiadamy się w autobus do miejscowości Jesienice. A stamtąd już tylko nieco ponad godzinna eskapada pociągiem do Mostu na Soči .

Brzmi to męcząco, ale wcale tak nie jest. Trochę stresu przysporzył fakt, że autobus z Kranj do Jesiennicy miał odjeżdżać o 12:13, a my byliśmy 12:12. Jednak wszystko jest po kontrolą słoweńskiego PKP. Całą drogę jedzie z nami ta sama pani konduktor – pani konduktor w autobusie, to było całkiem zabawne – która sprawuje pieczę nad transportem.

Sama trasa już jest atrakcją. Ukształtowanie terenu sprawa, że zza okna możemy oglądać piętrzące się Alpy i strome urwiska. Kierowca autobusu umiejętnie manewrował na serpentynach, a nie miał łatwo, bo na trasie dla utrudnienia ktoś rozpoczął jeszcze roboty drogowe. Pociąg z kolei powoli jak u Tuwima toczył się po torach. Krajobrazy urozmaicały liczne tunele, co tylko podkreśla fakt, że zbudowanie linii kolejowej w Słowenii nie było łatwe.

Gdzieś pomiędzy drzewami raz na jakiś czas majaczy niebieska woda. Tylko nieco inna od naszej polskiej. Mieniąca się szmaragdowymi przebłyskami. I tylko przebłyskami. 

- Wkurwię się, jak ona ma taki kolor tylko na zdjęciach – wyartykułowałem zaniepokojenie. 


To nie dla takiego odcienia wody przyjechałem do maleńkiej wioski w Słowenii.


Austriacy i komuniści

Most na Socy wita nas… w sumie to niczym. Dworzec kolejowy przypomina saloon. Zamiast Johna Wayne wychodzi pracownik kolei i nasze pytanie, czy jest jakaś przechowalnia bagażu, mówi krótkie i bezradne "no".

Stacja jest oddalona od wioski o blisko 2 kilometry. Do Mostu może iść rekreacyjną, pełną jaszczurek ścieżką, ale wtedy o tym nie wiedzieliśmy. Poszliśmy więc rozgrzanym asfaltem drogi krajowej numer 102 o pięknej nazwie Baca pri Modreju. Pierwszy most, który zobaczyliśmy, rzeczywiście był położony nad błękitną rzeką. Ale to wciąż nie był ten sam oszałamiający szmaragdowy odcień. Zresztą — co później się okazało — ten most był nad rzeką Idrijca, a nie Soča. Coraz mocniej zastanawiałem się, czy barwa rzeki, którą do tej pory widziałem na zdjęciach, to nie efekt presetów z Photoshopa.

Przechodzimy przez most. Ten nad Idrijcą. Naszym oczom ukazała się wyryta w skale starożytna konstrukcja, po której monumencie spływała woda, jasno dając znak, że jesteśmy w górach. Kilka tygodni później, gdy siadłem do pisania, okazało się, że starożytna konstrukcja powstała w 1917. Hier kämpfte das XV. Korps – głosił napis na skalnej płycie. Ów miejsce było pomnikiem dla austriackich żołnierzy walczących tu w latach 1915-17. Życie byłoby prostsze gdybym znał niemiecki.

Coś co miało być dowodem na istnienie obcych cywilizacji okazało się pomnikiem ku pamięci austriackich żołnierzy.



Rozpędzone auta na wąskich, serpentynowych drogach plus turyści-amatorzy to nie najlepsze połączenie. Nie chcieliśmy, żeby ktoś stawiał nam pomnik obok Austriaków. Najgorzej było z ciężarówkami, które mijały nas tak blisko, że czuło się nagrzaną blachę. Bo do świszczącego powietrza szło się przyzwyczaić.

Asfaltowy trakt kończył się dwoma pięknymi hasłami. Pierwsze "Most na Soči" oznaczał, że zbłąkani Polacy dotarli do liczącej 414 mieszkańców wioski gdzieś w Słowenii. Drugi – bardziej poetycki – donosił "Doborodosli Most na Soči". Co w wolnym tłumaczeniu oznacza – dobra, doszliśmy. Dźwięk ulgi.

Uff, dobra. Doszliśmy.


W całej swoje historii Most na Soči nosił wiele nazw, a obecną ma właściwie od kilku chwili. Wykopaliska archeologiczne świadczą o tym, że ludzie mieszkali tu już 7000 lat p.n.e. "Encyklopedija Slovenska" wprost mówi, że odkryte tu szczątki świadczą o jednej z najważniejszych osad w prehistorii.

Ciężko powiedzieć jak praludzie nazywali to miejsce, ale najprawdopodobniej był to ciąg spółgłosek niemożliwych do wyartykułowania dla współczesnych. Pierwsza wzmianka historyczna – rok 1192 - wskazuje dzisiejszą miejscowość jako "In Ponte Sancti Mauri" (dosłownie „przy moście św. Maura”).

W latach 1584-1612 zbudowano tu kościół, a okolicę nazwano od patronki Santa Lucia (di Tolmino). Z włoska, bo akurat rządzili włosi. Gdy przyszli Austriacy to wioskę przechrzcili na St. Luzia i Maurus Brücke. Słoweńska Sveta Lucija ob Soči dokonała żywota w 1955. Wówczas decyzją komunistycznych władz wykreślono świętą Łucję z nazwy i zostawiono sam na Most na Soči.

Pieśń o rowerze

Ludzie żyją tu wbrew komunistom, bo wszystko w Moście na Soči jest powiązane patronką ociemniałych. Noclegi u świętej Łucji, restauracja u świętej Łucji. Nawet barka świętej Łucji, ale we wtorki akurat zamknięta.

Przy noclegach skręcamy w lewo i jest. I w końcu uderza w nas majestat szmaragdowej. Instagramowy filtr? Nieee. Ten kolor jest prawdziwy, a przy tym tak bajkowy, że to aż nieprawdopodobne. Ciężko zebrać słowa. Stoimy i patrzymy. 

Jako prosty rzemieślnik klawiatury nie umiem napisać nic więcej. Rzeka robiła wrażenie też na ludziach o szerszych horyzontach. Oddaje im głos.

Jesteś wspaniała, córko wyżyn.

Lubię patrzeć w twoje żywe fale,

Te zielono-niebieskie fale;

Ciemna zieleń wyżynnej trawy

I pogodny lazur wyżyn

poleciał razem z zachwytem;

Z rosy błękitnego nieba,

Z rosy zielonych gór

napiłaś się piękności,

jesteś wspaniała, córko wyżyn.

Jesteś moim najdroższym przyjacielem!

Fragment pieśni Soča autorstwa Simona Gregorčič

Kilkanaście lat po Gregoricicu o rzece śpiewał Iztok Mlakar. Bard Słoweńskiego Wybrzeża. Jacek Kaczmarski Słowenii. Co ciekawe nie śpiewał on w słoweńskim jako takim, a w lokalnych dialektach. Tłumacz Google ma problemy, ale Internet daje wiele możliwości. W Soči Mlakar opowiada o chrzcie, byłych dziewczynach i pragnieniu jazdy rowerem.

Szok termiczny

Istotą Mostu na Soczy jest bajkowy kolor wody. Skąd się wziął? To stosunkowo proste. Barwa pochodzi z mąki skalnej, która odbija światło i nadaje wodzie niebieski i zielony kolor. Mąka kamienna to małe cząstki skały macierzystej oraz domieszka alg. Pochodzi z drobnoziarnistych cząstek skalnych o wielkości mułu, powstałych w wyniku mechanicznego mielenia podłoża skalnego. Głównymi odpowiedzialnymi za kolor są wapienie i margle.

Soca ciągnie się przez 136 kilometrów. Źródło leży w Alpach Julijskich, a bieg rzeki kończy się w Adriatyku. Jeśli wierzyć temu co pisze portalu sloveniantour.si to całej swojej długości ma stosunkowo podobne bajkowe kolor. Zależnie od padania światła może być to turkusowy lub szmaragdowy. Czy tak jest przez całą długość? Śmiem wątpić. Być może z punktu geologicznego stężenie mąki skalnej jest podobne, ale nigdzie na trasie – biorąc pod uwagę także Włochy – nie widziałem takiego koloru, jak w Moście na Soczy.

Podążając dalej za sloveniatour.si to Doliny Soči nie warto odwiedzać w deszcz. Niezwykły kolor wody to też efekt światła. Promienie słońca padając pod odpowiednim kątem, rozświetlają tafle, nadając jej taką barwę. Krople załamują światło, a to może doprowadzić strudzonych wędrowców do załamania.

Deszcz to też inne ryzyko. Intensywne opady wypłakują glebę, która spływa nurtem do rwącej rzeki. Przez to szmaragdowy kolor wody zmienia się w błotnisty, szarawy. Coś na wskroś wody stojącej za długo w basenie. Dlatego warto przed wyjazdem zaprzyjaźnić się z panem Zubilewiczem.

Kolor wody w Moście na Soči zapierda dech w piersiach.


Jakie to uczucie wykąpać się w szmaragdowej wodzie? Przede wszystkim trzeba przejść po ostrych kamieniach. Te niczym kolce cierni wybijają się w stopy. Parafrazując piłkarza Aleksandra Kwieka, to nie jest fajne uczucie. 

Wejście do wody powoduje szok termiczny w pełnym znaczeniu tego słowa. Temperatura powietrza oscylowała wokół 36 stopni. Woda miała chyba poniżej 10. Orzeźwiające? Dłuższy pobyt w szmaragdowym jeziorze powodował ból. Fizyczny ból. Ale i tak było warto.

Stacja czakry

Historia Mostu na Soči sięga prehistorii. Dla rozwoju maleńkiej wioski kluczowy był rok 1938. Wówczas w miejscowości Doblar rozpoczęto budowę elektrowni wodnej. Pomysł zbudowania hydroelektrownia pojawił się już w czasach austro-węgierskich, ale prace ruszyły dopiero w czasie okupacji Primorskiej.

To Włosi zaanektowali obecne trener Słowenii i w związku z tym za budowę elektrowni Doblar była odpowiedzialna firma Rodi. Ogółem na rzece Soca powstało 7 hydroelektrownia. Po dwie w Doblar i Plave. Po jednej w Ajbie, Avce i Solkanie.

Jezioro na Socy tak naprawdę nie jest jeziorem. Jest zbiornikiem akumulacyjnym dla elektrowni HPP Doblar 1. Tu gdzie obecnie się znajduję jeszcze przed II Wojną Światową, był skalisty wąwóz, w którym naturalnym biegiem płynęła szmaragdowa woda.

Źródła potwierdzają, że stał tam młyn, ale prace sprawiły, że Włosi przegonili zarówno młynarza jak i resztę mieszkańców. Wąwóz stał się szerokim na 600 metrów sztucznym zbiornikiem powstałym w wyniku budowy tam. W najgłębszym punkcie jezior ma 32 głębokości, a uskok wody rocznie generuje 150GWh.

Szmaragdowe wody Socy generują także inną, mistyczną energię. Wokół jeziora ustawiono 14 wyłowionych z okolicznych rzek kamieni, którymi można naładować swoją czakrę. Biuro Happy Hours organizuje nawet tematyczną wycieczkę, dzięki której możemy zwiększyć przepływ swojej energii w kosmos – w cudzysłowie dosłowny zapis. Dalsze okolice Most na Soczy też są pełne mistycznych miejsc – chociażby megalityczny krąg w Krn. Co ciekawe, te wszystkie kamienie mocy, stacje paliw czakry są rekomendowane jako fantastyczne miejsca do uprawiania Jogi.

W słoweńskiej Narnii łatwo stracić energię. Możliwość jest wiele: od trekknigu po spływ kajakowy. Natomiast ja mam nadzieje, że nie zmęczyliście się cytujące te wypociny.







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

III Rzesza, myśliwce Spitfire i Mokry Dwór. Wątki polsko-tongijskie

  Warszawę od stolicy archipelagu Tonga dzieli ponad 16 tysięcy kilometrów. Mimo to polskie wątki zapisały się na kartach historii pacyficznych wysp. Wojna z hitlerowcami, podróże Jamesa Cooka i służba w Iraku. W ostatnim czasie Królestwo Tonga trafiło na czołówki gazet i serwisów informacyjnych w dramatycznych okolicznościach. Wybuch wulkanu Hunga-Tonga jest nieprawdopodobną katastrofą. Pył wulkaniczny, tsunami i trzęsienie ziemi były dla Tongijczyków niczym biblijne plagi w Egipcie. Dla Europejczyków siedzących wygodnie w swoich domach bardziej namacalną skalą tragedii jest fakt, że wyspy zostały odcięte od Internetu. Gdyby nie katastrofa archipelag Tonga prawdopodobnie dalej pozostawałby kilkoma anonimowymi kropeczkami na mapie. Tymczasem wyspy położone w tzw. Pacyficznym Pierścieniu Ognia mają ciekawą i mało znaną historię. I to historię, w której pojawiają się polskie wątki. Naukowcy, którzy zamienili polską wieś na statek Jamesa Cooka. Królowa, która wypowiedziała wojnę III R...

Rzeźnia numer 6

Kurt Vonnegut potrzebował ponad dwudziestu lat, żeby napisać powieść swojego życia. Wstrząsającą, brutalną, dziwną, makabryczną i antywojenną. Władimir Putin potrzebował kilku sekund. W Kijowie, Charkowie i Czernihowie powstaje nowa “Rzeźnia numer 5”. Całe dorosłe życie zarabiam na pisaniu. I choć są to grosze, to sam fakt jest dużym przywilejem. Ktoś przeznacza na to swoje środki, a ktoś inny czas. W głowie pobrzękuje mi zdanie z podręcznika języka polskiego. “Wisława Szymborska pisała rzadko, ponieważ uważała, że cenne myśli nie przychodzą często” . Wychodzić przed noblistkę zdaje się być irracjonalne i samobójcze. A jednak wychodzę i to zdecydowanie świadomie. Jednocześnie czując silną potrzebę napisania "czegoś". Potrzebę wykrzyczenia nienawistnych słów. Potrzebę upustu strachu. Z drugiej strony nie znam słów, by opisać wojnę na Ukrainie. I całe szczęście moje pokolenie i pokolenie moich rodziców takich słów nie znało. ** Warszawskie schodki nad Wisłą są trochę wolnym mia...